dostępne w wersji mobilnej muratordom.pl na Facebooku muratordom.pl na Google+
View RSS Feed

mieczotronix

Kk+ak

Oceń ten wpis
18 lipca 2003
O tym jakem smoka plugawego zaklął i na swe podzamcze przywiódł.

Moja księga zaklęć jest jeszcze młoda i chuda. Powstawała tylko niedziel kilka w czas podróży mych po okolicznych siołach. Zaklęcia do niej z płotów i krzyży przydrożnych spisywałem, bo jakaś mądrość ludu miejscowego kazała je jego mędrcom wyryć lub w blasze wykuć i ku uciesze czarnoksięciów i przyzywaczy takich jak ja po wsiach wywiesić.

Dziś nareszcie czas nadszedł co by z księgi mej i z zaklęć w niej inkaustem wypisanych pożytek zrobić. Sięgnąłem więc i przebrnąwszy przez kilka arkuszy zapisanego algebrą tajemną pergaminu zaklęcie dorodne wybrałem i przez rzucacz zaklęć rzuciłem.

Zaklęcie było na smoka, co miał się na podzamczu nazajutrz objawić. Dnia następnego popędziłem więc co koń na podzamcze sprawdzić, czy zaklęcie działa.

Takem się spieszył, że o mało dworscy mnie nie pochwycili. Wyskoczyli nagle z za krzaka tam gdzie jaśnie pan znak ustawił nakazujący porywczość swą powstrzymywać i rumaka zanadto nie gonić. Zwykle gdy na rumaku lecę szyi jego ściśle uczepion zmysły me jak u jaskółki albo u krogulca ostrzeją. Gdym więc szarą sylewtę dworskiego obaczył myśl szybka przemknęła przez mę głowę, że to pachole jakie pod koń mi się rzuca, wiec za wodze żem z całej siły szarpnął i wychamował nieco.

Dworski już nawet mierzył we mnie swoim niecnym muszkietem, którym w sposoby znane tylko alchemikom Jaśnie Pana rychłotę każdego powozu i jeźdźca aproksymować potrafią. Jednak coś mu w tym muszkiecie nie grać musiało, bo jak niepyszny go opuścił i wycofał się ku swemu zaprzęgu w krzakach skrytemu. Nic to - pomyślałem i pognałem ku podzamczu, gdzie zaklinany smok miał się objawić.

Przybyłem pod zamek mój, gdy kur godzinę zaklętą piać zaczynał. Jednak smok, jak to smok, smoczym swym i nieodgadnionym rezonem kierowany przede mną i przed pieniem kura na podzamcze przybyć podołał.

Smok był koloru, który smokom z racji piekielnego rodowodu swego najbardziej przystoi. Była to czerwień lucyperyjska nieco przybrudzona smoczym sadłem cieknącym z różnych jam w cielsku jego i gliną, w której smoki muszą legowiska swe wić i pomieszkiwać. Jak paskudna jest smoków natura zaświadczyć też mógł sam odór przez smoka roztaczany, rzęchot jego trzewiów odór ten toczących i jęki łusek stalowych i piszczeli trących o siebie gdy smok ciężki swój bebech po drodze kamienistej powłóczył.

Z zadumy nad smoczą aparycyją wyrwały mnie pokrzykiwania pacholąt na podzamczu stojących, które pokrzykiwały pierzchając na boki, gdy smok nie zważawszy na nic na podzamcze się gramolił.

Po chwili, którą każdy smok na umoszczenie poświęca, miejsce do swych smoczych niecnot właściwe obrawszy, smok począł łapy swe, wielkie jak pnie rosłych sosen, opuszczać z zamiarem rozparcia się na podzamczu co by posturę właściwą ku znanym sobie tylko krotochwilom zająć.

W tem postrzegłem, że z za smoczej głowy jeździec jakiś wyskoczył! Przód temu jakoś do rozumu mego nie doszło, że smok, choć wybrykiem natury jest niejakim, to jako każde bydle boże durnowaty ze swej natury jest i bez człowieczej kontroli lichą pokraką na zawsze pozostanie. Sam ze swojej smoczej istoty smok może i na zaklęcia podatnym jest i spuścić się z nieba na przyzwanie każdej pogubionej duszy gotów, ale bez kontroli jeźdźca bezpożyteczny całkowicie zawsze będzie.

Zwieńczywszy me spostrzeżenie konkluzyją oną do mych obserwacjo powróciłem. Jeździec smoka, dobrze w obyczajach smoczych obyty, zaczął w te pędy smokowi pod łapy kloce drewniane kłaść, niechybnie co by jego umoszczenie poprawić. Smok wiele się nie mościł i rychle pozycyję wybalansowaną i ostateczną mimo podzamcza odnalazł i objął.

Obytego mnie już od chwil paru z podłą naturą smoczą, nie zdumiało gdym dojrzał, że smok żądło swe prostować i rozkładać począł. A żądło jego po trzykroć smoka długości było. Jeździec smoka za wąs chwyciwszy, na głowę jego wskoczył i tarmosząc wąsem żądłem po podzamczu wodzić zaczął.

Smok jeszcze dobrze żądła nie rozprostował, gdy pojawiły się dwa dziwne stwory – tuczodaje, jakem je sobie bacząc na ich dalsze postępki mianował. Tuczodaja jedna ku smokowi się zbliżyła i zaczęła ze swych trzewiów jadło szare w gardziel smoczą toczyć.

Smok wygłodzony był chyba okrutnie, bo jadło to żłopał bez opamiętania żadnego. Jadła nie rozgryzał, bo niechybnie tuczodaj lepistą konsystencyję mu przódy nadał, smokowi mlenia jadła oszczędziwszy, tak i z przełykania go zwolniwszy. Gdym to dostrzegł strach mnie opadł, że smok wnet rosnąć zacznie, a rozrósłszy się poza okiełznania możliwość jakąś herezję wyczynić gotów. Próżne obawy me były, bo smok albo z miotu mizernego pochodził, albo na przypadłość materyi transformacji uskarżać się musiał, bowiem to co z jadłem toczonym do paszczy wyprawiał w osłupienie mnie zupełne wpędziło.

Smok bowiem wszystkie jadło przez tuczodaja do pyska wtoczone i przez swój kałdun parszywy przegonione jął poprzez żądło swe na podzamcze wydalać. Co zjadł i co przez flaki jego przeszło, w odległym kącie podzamcza lądowało i krzepnąc natychmiast w swej smoczej szaro-plugawej masie świadectwem wiekowym smoczego bytowania pozostawało.

Całe to kuriozum ze dwie sumy trwało, po czym tuczodaje z wyssanymi do cna trzewiami i smok utrudzony taką podłą żywota swego naturą, utoczywszy jeszcze parę smoczych odchodzin na trakcie przed podzamczem, do swojej smoczej krainy powrócili.

Nikt by mi w tą historię wierzyć nie chciał, gdyby nie to skamieniałe smocze łajno co mi na podzamczu pozostało. Twarde to gówno smocze jak ta skała, co na niej miecz pod lasem pradziad wyszczerbił, więc chyba na nim zamek pobuduję – to mi żaden Tatarzyn miny nie wykopie i twierdzy licho czym nie weźmie.

--

to było o tym jak ławy fundamentowe pompą do betonu wylewałem i jak mnie mało co policja nie zhaltowała
Tagi - katalog słów kluczowych: Brak Edytuj Tagi
Kategorie
Dzienniki Budowy na Forum