dostępne w wersji mobilnej muratordom.pl na Facebooku muratordom.pl na Google+
Strona 919 z 919
Pokaż wyniki od 18.361 do 18.366 z 18366
  1. #18361
    REKORDZISTA FORUM (10 tysięcy postów!) NAJLEPSZY DORADCA NA TYM FORUM!!!FORUMOWA DOBRA DUSZA I POMOCNA DŁOŃFORUMOWICZ WIELKI SERCEM Avatar EZS
    Zarejestrowany
    Nov 2005
    Skąd
    Łódź-Bałuty
    Posty
    14.127
    Wpisy w Dziennikach Budowy
    157

    Domyślnie

    Wydaje mi się, że do pewnego stopnia opisałaś maturę międzynarodową. Ocena opisowa, duża waga projektów społecznych, zdawanie egzaminów wybranych i rozłożone w czasie. Mówisz-masz.

  2. #18362
    REKORDZISTA FORUM (10 tysięcy postów!) FORUMOWY MISTRZ PIÓRAFORUMOWICZ WIELKI SERCEM Avatar Agduś
    Zarejestrowany
    Dec 2004
    Posty
    20.349
    Wpisy w Dziennikach Budowy
    249

    Domyślnie

    No tak, matura międzynarodowa, ale ja rozmyślam, jak rozwiązać kwestię oceniania podczas całego procesu edukacji.
    Z jednej strony taka metoda, o jakiej pisałam, sprawi, że niektórzy w ogóle nie będą się uczyć. Ryzyko, że ze szkoły wyjdą analfabeci. No bo są środowiska, w których nauka, wiedza, nie jest żadną wartością, więc skoro dziecko w domu nie usłyszy, że ma się uczyć, bo mu to coś da w przyszłości, a w szkole nikt go nie będzie umiał zmotywować, to dupa blada - analfabetą ze szkoły wyjdzie.
    Z drugiej strony jakieś sensowne egzaminy na zakończenie każdego etapu edukacji byłyby sprawdzianem i dla ucznia, i dla szkoły. Szkoła, która nie umie zmotywować uczniów i ich skutecznie nauczyć powinna zostać zdiagnozowana (dlaczego nie umie) i uzyskać wsparcie (a nie zjebkę kuratora). Wynik egzaminu po trzeciej klasie decydowałby, czy uczeń przejdzie do kolejnego etapu. Trzeba by też coś zrobić, żeby nieprzejście nie było stygmatyzujące, żeby uczeń i rodzice odbierali to jako szansę na poprawę, prezent w postaci kolejnego roku darmowej edukacji.
    Egzamin po ósmej klasie (nadal uważam, że powinno to być po szóstej, a przed kolejnymi trzema latami edukacji w gimnazjum albo dziewięcioklasowej sp) decydowałby o szansach na szkołę średnią - branżowa, technikum, ogólniak. Tylko egzamin - bez średniej ocen, bo wiadomo, że ta jest nieobiektywna (piszę to mimo że moje dzieci miały punkty za świadectwo i to w szkołach o wysokim poziomie nauczania, więc nie przemawia przeze mnie gorycz).
    Wiem, opisuję szkołę fińską zapewne. Ameryki nie odkryłam. Ale chciałabym pracować w takiej szkole, mimo że wymagania wobec nauczycieli musiałyby być wysokie. A może nie "mimo" tylko "dlatego"?
    Ostatnio edytowane przez Agduś ; 02-01-2021 o 00:42
    mój dziennik
    komentarze
    nowy dziennik
    agdusiowe wojaże

    Praca uszlachetnia, lenistwo uszczęśliwia!

  3. #18363
    REKORDZISTA FORUM (10 tysięcy postów!) NAJLEPSZY DORADCA NA TYM FORUM!!!FORUMOWA DOBRA DUSZA I POMOCNA DŁOŃFORUMOWICZ WIELKI SERCEM Avatar EZS
    Zarejestrowany
    Nov 2005
    Skąd
    Łódź-Bałuty
    Posty
    14.127
    Wpisy w Dziennikach Budowy
    157

    Domyślnie

    To na pociechę opiszę szkołę norweską. Moja kuzynka mieszkała tam rok z dwójką dzieci w wieku podstawowym i uciekła właśnie z powodu szkoły jak marzenie.
    Przede wszystkim- uczą się ci, co chcą. Państwo inwestuje dużo ale w tych, co się uczą. Nie ma stopni ale w ocenie opisowej jest, niestety, duża subiektywność nauczyciela. A nauczyciele nie lubią problemów pod żadną szerokością geograficzną.
    Dzieci kuzynki poszły do szkoły z zerowym norweskim i dobrym angielskim. Niestety, na zadupiu więc angielski był tylko miłym dodatkiem. Dzieci w zasadzie nie miały taryfy ulgowej za nieznajomość języka. Wróć. Miały taryfę ulgową, która skazywała je na zakończenie edukacji na szkole podstawowej. Bo sobie nie radzą i taka była informacja opisowa a ta jest podstawą do kwalifikowania do dalszej nauki. W ogóle poziom był od razu dostosowywany do radzenia sobie dziecka. Czyli jak błysnęło na początku szkoły w oczach nauczycielki (żadnych testów, żadnych stopni), to ona poświęcała mu więcej czasu przez całą szkołę. A tym gorszym mniej. W efekcie różnice narastały, pod koniec szkoły dziecko uznane za mało zdolne nie miało już szans na żadną szkołę dalej ni i było już wyraźnie "głupsze". Nie ma zmiłuj. Nauczyciel mówi, dyrektor potwierdza, koniec nauki. Sprzątaczki też są potrzebne.
    Nikt nie brał pod uwagę, że dzieci bez znajomości języka nie będą pracować tak, jak 'nativy' (tutaj może szczególnie, bo po co inwestować w obcokrajowców?). Że rozwój dzieci nie jest pod sznurek i każde ma swoje tempo. Często bywa, że wolniejszy rozwój na początku nagle przyspiesza w trakcie szkoły. Takie dziecko miało już niewielkie szanse dogonić resztę.
    Plus był taki, że dzieci ze specjalnymi uzdolnieniami były wyłapywane i dopieszczane państwowo.

  4. #18364
    REKORDZISTA FORUM (10 tysięcy postów!) FORUMOWY MISTRZ PIÓRAFORUMOWICZ WIELKI SERCEM Avatar Agduś
    Zarejestrowany
    Dec 2004
    Posty
    20.349
    Wpisy w Dziennikach Budowy
    249

    Domyślnie

    To prawda. Zawsze i wszędzie dużo zależy od ludzi, a ludzie są tylko ludźmi. Nie da się sprawić, żeby każda nauczycielka i każdy nauczyciel byli obiektywni i umieli się dogadać z każdym dzieckiem. Mógłby istnieć bufor w postaci doskonałej opieki psychologów w każdej szkole (specjalnie w liczbie mnogiej, żeby zmniejszyć możliwość, że i psycholog położy lagę na jakimś uczniu na początku i to go skreśli), ale to są kolejne pieniądze.
    Moja koleżanka pracuje w szkole Montessori. Prywatnej, oczywiście i drogiej. Uczniowie mają tam przed południem półgodzinne lekcje, w czasie których nauczyciel przekazuje im wiedzę. Są podzieleni na grupy maksymalnie siedmioosobowe, siedzą z nauczycielką przy jednym stole. Tych lekcji nie jest zbyt dużo, więc nie ma czasu na ćwiczenie umiejętności. To uczniowie mają robić sami. Po obiedzie (młodsze klasy już wcześniej) uczniowie siadają w swoich salach i samodzielnie pracują. Odrabiają zadania z lekcji przedpołudniowych, ćwiczą to, co uważają za ciekawe albo za trudne, poszerzają wiedzę korzystając z dostępnych materiałów. Nauczyciele są w tym czasie dostępni dla uczniów w szkole. Uczeń w każdej chwili może podejść do każdego nauczyciela i poprosić o pomoc. Czasem nauczyciele podchodzą do uczniów i proponują wyjaśnienie tematu, jeśli podczas lekcji odnieśli wrażenie, że dany uczeń czegoś nie zrozumiał. Proponują, nie zmuszają. Wiesz, co mnie zdziwiło? Że te dzieci się uczą. Same po południu siedzą i się uczą. Kaśka mówiła, że sama była zdziwiona, kiedy to zobaczyła. Nie tylko we wrześniu się uczą, ale też i w czerwcu. Sami, z własnej woli.
    Jednak opowiadała też, że do ich szkoły przyszła nauczycielka, która wcześniej pracowała w "szkole demokratycznej". Ta znów nie jest "szkołą" w sensie prawnym. Te dzieci są w nauczaniu domowym i każde z nich jest zapisane do jakiejś "normalnej" szkoły. Szkołą demokratyczna to pomieszczenie wynajęte za czesne wpłacane przez rodziców i nauczyciele z tego czesnego opłacani. Uczniowie sami decydują, czy cokolwiek zrobią danego dnia. Nie ma tam żadnych lekcji. Jest dostęp do podręczników, jest dostęp do nauczycieli. Uczeń jednak nie musi brać udziału w żadnych lekcjach, nie musi odrabiać zadań. W efekcie większość dzieciaków po prostu przychodzi tam i siedzi. Bawią się, gadają, grają, robią, co chcą. Nie wiem, jakim cudem zdają egzaminy w swoich szkołach.
    Ta nauczycielka odeszła stamtąd, bo miała dosyć tej farsy. Praca - marzenie. Pilnowała tylko, żeby dzieciaki były bezpieczne. Żadnego przygotowywania się do zajęć, żadnych prac do poprawiania. A jednak miała dosyć.
    Inna koleżanka, biolożka, opowiadała, że kiedyś przez całe wakacje dawała korepetycje chopakowi, którego rodzice chcieli przenieść z innej szkoły Montessori do zwykłej, chyba przed siódmą albo szóstą klasą. Chłopak miał przedziwną wiedzę - niektóre tematy zgłębił tak dokładnie, że ona musiała sięgać po wiedzę ze studiów, a on i tak znał ciekawostki, których nie znała. Innych tematów nie ruszył. Nie wiadomo, czy w ogóle ich nie poruszyli na lekcjach (teoretycznie powinni, bo to są szkoły z uprawnieniami szkoły publicznej, więc realizują podstawę programową), czy lekcja była, ale przemknęła mu przez głowę nie zostawiając śladów. Pytanie - czy naprawdę tak dużo lepiej by było, gdyby posiadał płytszą wiedze o wszystkim niż swoją własną, poszatkowaną, niekompletną, ale zdobytą z przyjemnością? Przecież gdyby chciał później iść na biol-chem, to pewnie sam by ją uzupełnił mając jakieś podstawy. A jeśli pójdzie na mat-fiz, humana czy cokolwiek innego, to i tak parę lat po skończeniu szkoły będzie pamiętał tylko to, czego uczył się z przyjemnością.
    Tak, czy inaczej, te dzieci, które uczą się z własnej woli, pochodzą ze specyficznych środowisk. Takich, w których wiedza jest wartością, za którą można zapłacić niemałe pieniądze. One widocznie w domach słyszą, że mają się uczyć, jeśli chcą coś osiągnąć. Te ze szkoły demokratycznej są uczone od dziecka, że to one decydują o wszystkim. Rodzice też płacą za ich "szkołę", ale to jest raczej płacenie za święty spokój niż za naukę.
    Jednak w każdym wypadku dziecko z domu, w którym nauka to rzecz zbędna, bo zasiłek dostanie każdy, stoi na przegranej pozycji. I tutaj musiałby zadziałać szkolny psycholog, a raczej sztab psychologów. Wyłapanie takiego dziecka, motywowanie, pomoc w nauce, pokazanie, że to nie takie straszne, że ciekawe, że ma sens. Dopiero jeśli starsze dziecko ma wywalone na naukę, trzeba mu na to pozwolić. Jak sama zauważyłaś, ktoś musi wykonywać zawody niewymagające wykształcenia.
    Ech, marzenia... Jak widać po przykładzie szkoły w bogatej Norwegii - marzenia ściętej głowy.
    mój dziennik
    komentarze
    nowy dziennik
    agdusiowe wojaże

    Praca uszlachetnia, lenistwo uszczęśliwia!

  5. #18365
    REKORDZISTA FORUM (10 tysięcy postów!) NAJLEPSZY DORADCA NA TYM FORUM!!!FORUMOWA DOBRA DUSZA I POMOCNA DŁOŃFORUMOWICZ WIELKI SERCEM Avatar EZS
    Zarejestrowany
    Nov 2005
    Skąd
    Łódź-Bałuty
    Posty
    14.127
    Wpisy w Dziennikach Budowy
    157

    Domyślnie

    Sęk w tym, że ta szkoła w Norwegii nie podobała się ani kuzynce ani jej dzieciom. Być może gdyby chodziły do niej od początku i znały język, ich sytuacja by była inna, ale była taka i miały wrażenie, że są już przekreślone. Wiesz, nikt od ciebie nic nie chce zakładając z góry, że i tak nic z tego nie będzie. Brak motywacji. Te norweskie dzieci były przyzwyczajone, wiadomo było, kto zdolny a kto nie, kto pójdzie na studia a kto nie. Polskie dzieci były ambitne ale nie dali im możliwości. To była jednak bardzo zła szkoła. Ale w sumie przyjemna. Bez wysiłku, robisz na ile cię stać a potem pracujesz w zgodzie z predyspozycjami. Tylko po tamtej szkole ja bym była może sekretarką bo przez pierwszych 6 lat szkoły nie robiłam nic ponad zdanie do następnej klasy. Uczyć zaczęłam się w klasie 7 i będąc w Norwegii już bym była przekreślona. U nas dałam radę w ciągu 2 lat wyjść z trój na czerwony pasek za średnią 4,9

  6. #18366
    REKORDZISTA FORUM (10 tysięcy postów!) FORUMOWY MISTRZ PIÓRAFORUMOWICZ WIELKI SERCEM Avatar Agduś
    Zarejestrowany
    Dec 2004
    Posty
    20.349
    Wpisy w Dziennikach Budowy
    249

    Domyślnie

    Zgadzam się, że to nie jest dobry system. Dlatego właśnie napisałam o doskonałym zapleczu pedagogów w szkołach, których zadaniem byłoby właśnie wyciąganie tych uczniów z kłopotów, wskazywanie im i nauczycielom, że też są wartościowi, że mają szanse. Tak, wiem, że to utopia, ale pomarzyć można. Zresztą i w polskiej szkole może się zdarzyć, że nauczyciele położą lagę na jakimś uczniu, nie próbując wykrzesać z niego tego, co najlepsze. No ale to nie jest działanie systemowe, tylko tumiwisizm i jawiemlepizm niektórych nauczycieli.
    mój dziennik
    komentarze
    nowy dziennik
    agdusiowe wojaże

    Praca uszlachetnia, lenistwo uszczęśliwia!

Strona 919 z 919

Tagi dla tego tematu

Zwiń / Rozwiń Uprawnienia

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •  
  • BB Code jest aktywny(e)
  • Emotikonyaktywny(e)
  • [IMG] kod jest aktywny(e)
  • [VIDEO] code is aktywny(e)
  • HTML kod jest wyłączony